Wybierz miasto
Sport Logowanie / Rejestracja
Znajdujesz się w ogólnopolskim wydaniu.

Pucharowa jesień, czyli czekamy do następnego roku

2008-10-06

 KOMENTARZ

Jesień to czas, kiedy liście spadają z drzew, a dookoła robi się szaro i ponuro. Jesień tot akże czas, kiedy polskie drużyny odpadają z pucharów, a w naszej piłce robi się tak jak zwykle i musimy czekać do następnego lata z mocarstwowymi planami.


Tylko Lech Poznań pozostał na placu boju, broniąc „honoru" polskiej piłki w europejskich pucharach. Właściwie - w europejskim pucharze, na dodatek Pucharze UEFA. Bo o Lidze Mistrzów możemy chyba jeszcze długie, długie lata pomarzyć. Chociaż nie jest do końca tak źle - w przyszłym roku nasi polscy grajkowie będą mogli już hasać w Lidze Europejskiej. Zawsze to chociaż połowa, prawda?

Miało być pięknie, wyszło jak zwykle

Startowaliśmy z trzema eksportowymi drużynami. Wisła pokazała lwi pazur w rewanżu z Beitarem Jerozolima, ale w konfrontacji z ówcześnie najsłabszą od kilku lat Barceloną nie miała szans. Niech na słabość Dumy Katalonii wskazuje choćby... porażka z Wisłą w Krakowie. Potem Barca miała całą furę szczęścia, choćby w meczach z Espanyolem i niedawno z Szachtarem Donieck, by w końcu wskoczyć na maksymalne obroty i zajechać Atletico Madryt. Nie mam zamiaru odbierać Wiśle radości i satysfakcji z pokonania jednej z najlepszych drużyn na świecie, ale trzeba szczerze powiedzieć - była Wiśle potrzebna jak umarłem bandaż (poza Egiptem oczywiście). Polska prasa prześcigała się w epitetach i pochwałach drużyny Macieja Skorży i - co ciekawe - im dalej w las, tym euforia stawała się większa. Bo o ile w pierwszych relacjach można było przeczytać, że „Wiśle się udało", „Barca odpuściła", to już po tygodniu-dwóch wszyscy byli zdania, że „Wisła Barcę ograla", „Wisła pokzała genialny futbol", „Wisła jest wielka". Na ile takie pompowanie atmosfery się zdało - widzieliśmy. Zaczął Lech Poznań, który Wisłę w Krakowie wręcz ośmieszył. A potem się okazało, że ta sama wielka Wisła jest za słaba na ostatnią drużynę Premier League. Dzisiaj właśnie Tottenham przegrał u siebie z Hull City. To znaczy, że piłkarze Juande Ramosa to na pewno sympatyczne chłopaki, ale wspólnego z piłką to zbyt wiele nie mają. Ale przecież liczy się wnętrze człowieka!

Wnioski z tego płynące nie są miłe ani nawet lekkostrawne. Tottenham jedyne zwycięstwo w sezonie zaliczył gasząc Białą Gwiazdę na White Hart Lane. Tę sztukę słabeusze z Londynu prawie powtórzyli w Krakowie, ale na szczęście w nieszczęściu Wiśle udało się wyrównać. Bardzo nieprzyjemnie oglądało się grę Wiślaków, jeżeli miało się w pamięci wszystkie fakty dotyczące Tottenhamu. Bo z najsłabszą drużyną najsilniejszej ligi świata Wiślacy grali jak... Może Barcelona to akurat zły przykład. Ale można tu wstawić nazwę dowolnej dobrej drużyny. Wielki respekt, momentami strach i zachowawcza taktyka - takie określenia aż nie pasują do Wisły. Do wielkiej Wisły, która na tym samym stadionie złupiła wielką Barcelonę! Jak bardzo - niestety - poprzewracało się niektórym Wiślakom w głowach widać było po wypowiedziach. Im bliżej meczu, tym bardziej piłkarze Skroży twierdzili, że poradzą sobie bez problemu. Patrząc racjonalnie winni byli sobie poradzić bez problemu, bo Tottenham był do łyknięcia. Szkoda tylko, że krakowiacy okazali się mocni w gębie i wyszli na boisko wystraszeni student przed egzaminem. Przez 30 minut pierwszej połowy uparli się na grę długą piłką tak jakby Paweł Brożek, Rafał Boguski i Mauro Cantoro mieli warunki fizyczne graczy NBA. W pewnym momencie chyba nawet gracze Ramosa lekko zbaranieli, bo przez dobre 10 minut gry wybijali głową bądź wolejem piłkę, która zaraz do nich wracała - i tak w kółko. W londyńczykom to pasowało, bo Jonathan Woodgate i Ledley King naprzeciwko Brożka i Boguskiego wyglądali jak ojcowie, którzy wzięli dzieci do parku w niedzielne popołudnie. Szkoda, że „normalną" taktykę Wisła przyjęła dopiero po stracie bramki. Zupełnie na marginesie - Arkadiusz Głowacki chyba znienawidzi grać przeciwko angielskim drużynom, bo na Wembley przeciwko reprezentacji Albionu też strzelił ślicznego swojaka. Nie wiedziałem natomiast, czy śmiać się, czy płakać, kiedy tego samego Głowackiego wyprzedził Zokora i prawie strzelił drugiego gola. Ich pojedynek biegowy wyglądał mniej więcej jak pojedynek szybkościowy Roberta Kubicy i Trabanta.

Ale nie można winić Macieja Skorży za wystawienie takiego składu Koń jaki jest - każdy widzi. Kiedy porażka zaglądała Skorży w oczy, to musiał się salwować wprowadzeniem na boisko stopera Marcelo, który i tak narobił więcej wiatru niż Cantoro, czy Łobodziński. Można natomiast mieć do trenera pretensje za taktykę. Bo jak pokazała końcówka meczu - wystarczyło przycisnąć i mielibyśmy przynajmniej dogrywkę. Nie ma jednak sensu zarówno gdybać, jak i mówić o tym, że tak byłoby sprawiedliwiej. Wisła na pewno nie była drużyną gorszą, ale była drużyną, która zagrała gorzej. Zarówno psychika jak i plan taktyczny pogrzebał jej szanse na awans. Szkoda. Szkoda tym bardziej, że Wisła odpadła trochę po frajersku.

Lech ostatnią nadzieją

Drugą drużyną w europejskich pucharach była Legia, która odpadła etap wcześniej. O grze warszawian w sumie szkoda się rozpisywać, zarówno na poziom jak i tłustą już warstwę kurzu jaka opadła na jej występy w Pucharze UEFA 2008/09. Należy o nich zapomnieć, tak jak zapomniała już cała piłkarska Europa.

Cały czas otwarty jest rozdział jaki pisze natomiast Lech Poznań. Co prawda po meczu z Austrią Wiedeń Lech musiał stracić wielu kibiców - bo na pewno spory ich odsetek padł na zawał w okolicach 85. i 120. minuty meczu. Takiego horroru, a zarazem pięknie zakończonego dramatu dawno nie zaserwowała nam żadna polska drużyna. Nasze drużyny specjalizują się raczej w horrorach, ale raczej krwawych pseudoprodukcjach klasy B. Mało jest trenerów, którzy umieją przekonać piłkarzy do walki do samiuteńkiego końca. A Franciszek Smuda jest przecież specjalistą od takich spraw. Kto pamięta mecz Broendy-Widzew? Tym, którzy chcą sobie przypomnieć te piękne chwile:

Ciekawe jak Tomasz Zimoch reagowałby na gola Murawskiego?

Oprócz walki do samego końca, Lech zaprezentował również inną zaletę, która polskim drużynom jest tak obca, jak naszym sędziom mecz bez lapówki. Otóż - przegrywajac (w dwumeczu) zamiast w panice wrzucać piłkę na aferę i liczyć, „że jakoś to będzie", nawet w 120. minucie potrafili piłkę rozgrywać, zamiast pakować bezsensownego balona w pole karne. Dla niedowiarków:

Dlatego Lechowi należą się dodatkowe punkty za styl. Miejmy nadzieję, że równie dużo punktów zbierze poznańska drużyna za odległość jaką pokona w pucharowej drabince. Co prawda nie liczymy na rekord skoczni, bo piłkarze Lecha już i tak zrobili dużo. Ponadto są jedyną naszą drużyną w Europie, dlatego musimy na nią chuchać i dmuchać. Poczekajmy na losowanie grup i decyzję UEFA w sprawie wycofania, bądź nie polskiej drużyny z rozgrywek.

Chciałoby się tu powiedzieć „byle do wiosny". Szkoda, że nasza wiosna najczęściej następuje dopiero w lecie.

Jakub Filipowski
(jakub.filipowski@dlastudenta.pl)


 

Dodaj do:
  • Wykop
  • Flaker
  • Elefanta
  • Gwar
  • Delicious
  • Facebook
  • StumbleUpon
  • Technorati
  • Google
  • Yahoo
Komentarzedodaj komentarz

Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.

Brak komentarzy.

video
FB dlaMaturzysty.pl reklama